niedziela, 16 sierpnia 2015

Wakacyjne wojaże część pierwsza - Ustka

Zaczęło się na stacji kolejowej w Zawierciu. O 21.40 podjeżdża pociąg relacji Bielsko-Biała Główna - Szczecin Główny. Wsiadamy i wygląd wagonu sypialnego przekracza nasze oczekiwania: jest czysto, schludnie i nie ma upychania ludzi, w każdym przedziale kontakt, toaletka z umywalką i miejsce na większy bagaż oraz wieszaki na kurtki i inne ubrania. Troje na przedział, całkiem przyjemnie. Takie oto foto z kuszetki:
Pan Towarzysz, który z nami dzielił przedział był bardzo ugodowy - nie przeszkadzało mu otwarte okno, szum, światło, rozmowy. Nie przeszkadzało mu nic. Jedziemy, rozmawiamy, bla bla bla. Oskar zasypia jeszcze przed Łodzią, ja kawałek po jej minięciu. Obudzona zostałam w Bydgoszczy podczas przestawiania lokomotywy na koniec składu - tam pociąg zaczyna jechać w inną stronę niż wcześniej. Tak więc już od 4 rano musiałam radzić sobie z bezsennością i ciemnością jednocześnie. Oskar otworzył oczy dopiero w Gdańsku - jego nuda tak bardzo nie dotyczyła. Około 8.20 wysiedliśmy w Słupsku, kupiliśmy bilety na pociąg do Ustki i ruszyliśmy w poszukiwaniu peronu numer 3. Tunel, dwa wyjścia na perony. Pierwsze wyjście na peron pierwszy, drugie - nie wiadomo gdzie. Wychodzimy drugim - peron drugi. Ale w jakimś dziwnym miejscu peronu drugiego zbierają się ludzie. Jak się okazało, żeby dostać się na ten oznaczony numerem 3 trzeba było przejść ten o numerze 2. Wyczuliśmy projektanta, który nie do końca wiedział, co robi. Nieco ponad 20 minut później byliśmy już w Ustce. Cali zmoczeni deszczem dotarliśmy do miejsca zakwaterowania. Lokalizacja doskonała - niecałe 5 minut do plaży, w okolicy sklepy, w tym Netto, restauracje i port. Pogoda w ciągu dwóch pierwszych dni nie rozpieszczała, było zimno, wietrznie i deszczowo. Każde wyjście gdziekolwiek oznaczało przemoczone nie tylko buty, ale tak naprawdę wszystko, co miało się na sobie. Osobiście zabrałam dwie pary japonek, sandały i jedną parę adidasów. Adidasy przemokły natychmiast i przez 2 dni nie chciały wyschnąć. Musiałam wyglądać niesamowicie zabawnie chodząc w dżinsach, kurtce z kapturem i sandałach. Zawitaliśmy więc do marketu chińskiego, żeby nabyć jakieś trampki lub chociaż coś, co je przypomina i w czym nie pizga po nogach. Kiedy wchodziliśmy padało i mocno wiało. Gdy wyszłam z butami w jednorazowej reklamówce, wiatr i deszcz ustały i od razu zrobiło się cieplej. Dzień później można już było zapomnieć o noszeniu pełnych butów.
Pogoda generalnie dopisała, aczkolwiek Oskarowi cały czas doskwierał brak fal, mnie z kolei chłód bałtyckiej wody. Jednak i to, i to nie przeszkadzało nam, by się w niej beztrosko pluskać.
Wspomnienie usteckiej plaży wywołuje u mnie grymas twarzy i obrzydzenie. Janusz na Januszu, wszystko skompresowane na kawałeczku piasku między morzem, zamkami dmuchanymi dla dzieci (tak, one potrafiły bezwstydnie zajmować ponad połowę szerokości plaży!), a terenem budowy. Miasto Ustka postanowiło chronić się przed zostaniem zagarniętym przez morze, dlatego budują coś w stylu rafy, falochronu, czy czegoś tam, dlatego koparki jeżdżące po morzu to widok powszedni.
Kolejną rzeczą, która podniosła mi ciśnienie była kładka. Ktoś wymyślił, że fajnie będzie odwalić ruchomą kładkę dla pieszych na wlocie do portu. Za ileś tam milionów unijnych. Wszyscy pomyśleli "fajnie, w końcu nie będzie problemu w komunikacji między Ustką Wschodnią i Zachodnią, nie trzeba będzie gnać 2 kilometrów wgłąb lądu, żeby przedostać się na drugą stronę, nie trzeba będzie też płacić za przewóz jakimś pseudo promem. Plan idealny! Wykonanie jednak... Do dupska. Kładkę, która arcydziełem architektonicznym nie jest (miała chyba przypominać szkielet ryby, ale coś nie pykło, bo musieli dodać elementy usztywniające konstrukcję, przez co otrzymano pokraczną, zakrzywioną kratownicę) otwiera się na 15 minut w ciągu każdej godziny, co oznacza, że przez 3/4 czasu jest ona zamknięta dla pieszych, mimo, że ruch w porcie jest niewielki. W ciągu dnia czynna tylko od 9 rano do północy. Zawieszona na tyle nisko, że przy silniejszym wietrze nie można jej używać. I po co to komu? Dla porównania podam przykład Darłówka: kładka dla pieszych istnieje, jest otwierana (tak, żeby statki mogły przepływać) w trochę inny sposób niż w Ustce, jednak robi się to tylko wtedy, gdy jakaś jednostka pływająca ma ochotę się tamtędy przemieścić z punktu A do punktu B. W efekcie piesi czekają maksymalnie 5 minut na przejście na drugą stronę, a nie 45...
Co jeszcze było tam nie tak? Wejście na latarnię morską, które kosztowało coś koło 6 złotych dla biednych uczniów i trzeba było stać w kolejce, żeby w ogóle się tam dostać. Może o ile na tłok zarząd latarni wpływu nie ma, o tyle na te śmieszne ceny już raczej tak. Kiedyś płaciło się 1,50 i właściciele latarni cieszyli się, że w ogóle coś dostają od turystów.
Tłok, tłok, tłok. Niewyobrażalny tłok. Człowiek na człowieku, Janusz na Januszu, Grażyna na Grażynie, okropne krzyczące i otyłe dzieci na okropnych krzyczących i otyłych dzieciach. Nie mówię, że nie ma już dzieci, które mogą być ujarzmione przez rodziców, bo takie są i to się chwali. Jednak te rzucające się w oczy i znacząco wpływające na pogorszenie się samopoczucia są takie, jak napisałam wyżej.
Żeby nie było tak bardzo negatywnie, to napiszę tylko, że udało mi się tam zjeść dobrą pizzę. Knajpa nazywa się Laguna Marine
Generalnie Ustka nie podoba mi się ani trochę. Zwyczajnie nie polubiłam tego miasta. Z kolei Oskar, który namówił mnie do przyjazdu tam, nie widzi w nim nic złego. Ja byłam raczej wychowywana na wyjazdach do malutkich miejscowości i wiosek. I wiele oddałabym, żeby zamienić ustecką plażę na tę, którą widziałam, kiedy 12 lat temu rodzice pierwszy raz zabrali mnie nad morze do Unieścia ;)
Powrót do domu do kolorowych nie należał. Nie zdążyliśmy kupić biletów na pociąg, który nas interesował. Zamiast 12 godzin podróż trwała 16. Ustka - Słupsk. Słupsk - Warszawa Centralna. Trzy godziny przerwy, śniadanie w Maku i pałac kultury z panami żulami.
Moja mina i poza "co, do cholery, się ze mną stało, że jestem w Warszawie?!". Tak, bardzo nie lubię tego miasta.
Dalej Warszawa Centralna - awaria prądu i postój 40 min w pełnym słońcu - i w końcu - Zawiercie.
Wyjście z pociągu na peron w Zawierciu nastąpiło po godzinie 12. Mieliśmy tylko pół dnia na pranie i przepakowanie - następnego dnia, punkt 6 rano, wyjazd na południe!

Na koniec garść zdjęć:
omujborze jestem tak naćpana, że nawet nie potrafię pokazać, gdzie jadę!

Best Polish style!

Och, Oskar, nie zapomnij być seksi przygryzając odpowiednią wargę!

 "Zrób zdjęcie jak ta fala będzie się rozbijała o murek!"
"Chyba zmokłem"

 Jestem Oskar i zawsze jestem gotów wyglądać niewyjściowo!

A oto nasi towarzysze do grilla i szkła: Weronika, Adam i Piotrek.

"Jestem mewą i wpierniczyłabym nawet twój telefon, gdyby tylko był z chleba albo ryby. Budzenie o 5 rano masz gratis"

Wiem, jakość nawet nie kalkulatora, a liczydła. Ale wyglądamy na szczęśliwych, nieee?

Parawaniarizm level: Ada



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz