Chcąc wyruszyć musieliśmy się dobrze przygotować, co wymagało nie lada wysiłku. Należało wyposażyć busa we wszystko, co będzie nam wtedy potrzebne. Pracowaliśmy non stop na to, żeby wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. Oskar jednocześnie dłubał przy busie i chodził do pracy, mnie z kolei, rodzice pytali, czy już się przeprowadziłam, czy nie, gdyż widywali mnie tylko wtedy, kiedy po cichu wracałam późnym wieczorem do domu, zmęczona jak pies.
Stan busa na czas wyjazdu:
- wymieniony rozrusznik (po naszej przygodzie w Sudetach)
- wymieniony wysprzęglik wraz z towarzyszącymi przewodami i płynem hamulcowym
- wymienione lusterka na oryginalne (w końcu takie, w których było coś widać!)
- nowe zegary i naprawa prędkościomierza
- autorski przełącznik do świateł Oskara
Mechanik powiedział, że póki hamuje, można jeździć, nic się nie powinno zepsuć, bo w tym busie nie ma co się zepsuć, a jak coś już się zepsuje, to można to naprawić młotkiem. Ale o bezawaryjności busa opowiem później.
Pojazd miał być naszym domem i środkiem lokomocji jednocześnie, trzeba było więc zadbać, by wszystko działało jak należy i by każda najmniejsza rzecz miała swoje miejsce. Przygotowaliśmy miejsce montażowe pod kanapę, którą następnie sami stworzyliśmy z dwóch starych łóżek (z jednego wzięliśmy deski, materac i tapicerkę, z drugiego mechanizm wersalki) . Aby kanapa była na swoim miejscu wykonaliśmy także dwie skrzynie: jedną nad silnik, podtrzymującą gąbkę będącą przedłużeniem łóżka, tam trzymaliśmy cały zestaw naprawczy, krzesła, tam grzaliśmy wodę ciepłem z silnika, drugą - pod samą wersalkę, na rzeczy osobiste. Żeby można było w nim komfortowo spędzać noc i nie bać się gapiów o poranku, wykonałam zasłony, które sprawiły, że nawet bardzo ciekawskie oko nie było w stanie dostrzec tego, co było w "części sypialnianej" busa. Problem był jedynie z ich montażem. Naszym pomysłem było, by umieścić je na drążkach przeznaczonych do firanek (takie drążki, na jakich wiesza się, np. firanki w łazience, czy w oknie kuchennym), które były zawieszone na haczykach przyklejonych do ścian busa. Szkoda tylko, że rozwiązanie było na tyle nietrwałe, że haczyki odpadały po 2-3 godzinach od przyklejenia, kiedy bus stał w miejscu, a zasłon nikt nie dotykał. Uznaliśmy, że to wina kleju (u mnie w domu zawsze po zmianie kleju wszystko wisiało jak należy), jednak kiedy haczyki odpadły nawet po poxipolu, poddaliśmy się. Wieszaliśmy je jakkolwiek, wsadzając jedna w drugą, czy przeciągając sznurek, bądź nie wieszaliśmy ich wcale, gdy spaliśmy na totalnym odludziu. Wszystkie drążki się połamały lub powyginały - na następny wyjazd zastosujemy inny system mocowania.
W dniu wyjazdu doprowadzaliśmy całość busa do porządku: czyściliśmy obicia bocznych ścian, które jakiś "mądry" człowiek posmarował klejem, zamiataliśmy, myliśmy każdy element, który dało się umyć, odświeżaliśmy białym sprayem zardzewiałe części. Ta ostatnia czynność znacznie podniosła walory estetyczne pojazdu, rudy nalot już tak nie odstraszał. To, co zirytowało mnie najbardziej podczas czyszczenia, to czarno-szare odciski palców na karoserii. Nie wiem, czym je ktoś wysmarował, a potem macał, ale to cholerstwo jest tak trwałe, że żaden środek, żadne ciśnienie wody i żadne szorowanie nie może temu sprostać.
Pakowanie, przynajmniej w moim przypadku, przebiegało w dwóch etapach: najpierw trzeba było spakować się w domu, do, najlepiej jednej i jak najmniejszej, torby, a następnie przepakować wszystko do busa. Ze względu na niewielką ilość miejsca, ubrania i inne rzeczy osobiste znajdowały się bezpośrednio w skrzyni.
Czas na przygodę!
Wyruszyliśmy we wtorek, 2. sierpnia, około godziny 23. Na pierwszej lepszej stacji zatrzymaliśmy się, żeby zatankować do pełna i zmienić wycieraczki na przedniej szybie. Zmierzyliśmy stare pióra, kupiliśmy nowe i... Pół godziny obmyślaliśmy sposób mocowania, gdyż nowy trochę różnił się od starego. Przekładaliśmy małe części w jedną, drugą, a czasem nawet trzecią i czwartą, żeby coś z tego wyszło. W końcu, zupełnie przez przypadek odkryliśmy sposób montażu. I dopiero tutaj tak naprawdę nasza podróż się rozpoczęła.
Ruszyliśmy w stronę Częstochowy, następnie bezpłatnym odcinkiem A1, a potem już wlekliśmy się jakimiś dziurawymi drogami przez wsie mniejsze lub większe.
Następnego dnia, był to już 3. sierpnia, dojechaliśmy na północ. Nie byliśmy jeszcze nad samym morzem, ale byliśmy bardzo zmęczeni - ja, choć nie prowadziłam i próbowałam drzemać, miałam problem, żeby trzymać oczy otwarte, Oskar był zmęczony przygotowaniem busa, pakowaniem, i prowadzeniem. Zatrzymaliśmy się w jakimś polu czegoś. Nie mamy pojęcia, co to było za warzywo, wiemy jedynie, że na polu była masa błota. Mnóstwo, mnóstwo błota. I wtedy wychodzę ja, w śnieżnobiałych butach... Powiem tyle, białe, to one już nie były.
No dzień dobry pole!
Zamkowy dziedziniec
Przy drodze wypatrzyliśmy duży parking, reklamujący się jako najtańszy pod zamkiem. W okolicy nie było miejsca, by zaparkować bez opłat, dlatego też zdecydowaliśmy się tam wjechać. Na dzień dobry pan parkingowy obwieścił nam, że za dzień postoju należy się 20 złotych. Dużo, okej, ale uznaliśmy, że skoro jesteśmy tutaj być może pierwszy i ostatni raz w życiu (bo ile razy jeździ się zwiedzać ten sam zabytek?), to nie ma co żałować. Aby dojść do kas biletowych, trzeba było przejść niecały kilometr, okrążając cały zamek. Ceny biletów? 30 złotych ulgowy, 40 normalny, jeśli ktoś wybiera opcję audioprzewodnika. Sporo, pomyśleliśmy. Ale to nie miało w tamtej chwili znaczenia, zapłaciliśmy i zostaliśmy skierowani do pani, która wydawała urządzenia, które miały nas oprowadzić. Urządzenia te były bardzo dobrym wynalazkiem - nie trzeba było słuchać przewodnika, który przynudza (lub nie, różnie bywa) i cały czas podążać za nim, żeby się nie zgubić (a naprawdę, było gdzie!). A tak, mieliśmy jako taką swobodę zwiedzania. W każdym pomieszczeniu, które było udostępnione turystom były umieszczone nadajniki gps, które sprawiały, że gdy znaleźliśmy się w ich zasięgu, odtwarzały odpowiednią ścieżkę z audioprzewodnika. Fajna sprawa, zwłaszcza, gdy chcemy obejrzeć coś dokładniej - przewodnik ze swoim gadaniem zawsze poczeka do chwili, gdy się przemieścimy. Zamku generalnie nie polecam osobom z nadwagą i ograniczoną możliwością poruszania się - jest masa wąskich (obecnie najmniejsze drzwi, jakie montuje się w mieszkaniach mają 80 cm szerokości - tamtejsze przejścia miały jakieś 60 albo i mniej) i bardzo wysokich schodów, które nawet sprawnych ludzi przyprawiają o zadyszkę. Nie polecam też rodzinom z małymi dziećmi - zwiedzanie trwa bardzo długo (2-3 godziny, jeśli poruszamy się dosyć szybko i bez przystanków), czasem przewodnik kieruje nas do małych galeryjek, które dla niektórych (dla mnie takie były) mogły wydawać się mało interesujące, czy wręcz nudne, jak np. wystawa monet, czy jakichś zdjęć z renowacji zabytku. A czym nas zamek zadziwił? Przede wszystkim swoim rozmiarem. Co nieco się o nim słyszało, ale nikt nigdy nie powiedział, że zamek to taki... kolos. Przynajmniej jak na tamte czasy. 3 metry wysokości fundamentów zrobionych z głazów, 3,5 m grubości ściany, masa komnat, dużych komnat, wielkie krzyżowe sklepienia, sale z podgrzewaniem podłogowym wykonanym w XIII wieku, to naprawdę robi wrażenie, przynajmniej na mnie. Może to takie skrzywienie. Do ciekawostek budowlanych należał tam także grill, a raczej miejsce na palenisko i grill. Był on umieszczony wewnątrz budynku, pod wyciągiem, który był szeroki na jakieś 3-3,5m, wysoki na kilkanaście metrów. Kiedy weszło się pod wyciąg miało się wrażenie, że jest się zaledwie mrówką. Oprócz grilla, dziwnym pomysłem były także toalety dla mnichów. Umieszczono je wysoko w wieży. Pod toaletami nie było nic, poza, powiedzmy, "kanałem ściekowym". Kilkanaście metrów w górę tylko po to, żeby zrobić kibel. No może nie tylko po to. Miało to też funkcję obronną. Do wieży prowadziło jedno przejście, które w czasie ataku, mnisi uciekający w kierunku szaletów, mieli za sobą spalić. Zastanawia mnie tylko w jaki sposób, skoro to przejście było z cegły... Chyba, że mieli stworzyć ścianę ognia, która uniemożliwiłaby wrogowi dosięgnięcie ich. Wtedy to miałoby jakiś sens. Co jeszcze do wież, to nie była to jedyna. Inną można było zwiedzać, tzn. wejść na nią i podziwiać cały zamek z góry. Ale wstęp na nią był płatny i do tego ustawiały się na nią kolejki. Nie bardzo rozumiem dlaczego płacąc za bilet wstępu 30, czy 40 złotych, mam jeszcze płacić za wejście na wieżę. Dla ograniczenia ruchu turystów? Czy to zwykłe wyciąganie kasy?Co Oskara najbardziej poruszyło? Wystawa broni, zbroi i innych przedmiotów przeznaczonych do walki. Nie sposób było go stamtąd wyciągnąć, zwłaszcza, gdy zobaczył ogromną pawęż, którą zapewne ciężko byłoby mi unieść.
Owa pawęż
Prosto z Malborka mieliśmy udać się do Krynicy Morskiej, tam, gdzie rozpoczyna się Szlak Latarni Morskich, jednak najpierw pojechaliśmy do Elbląga, bowiem przed wyjazdem nie zdążyliśmy zorganizować jednej, bardzo ważnej rzeczy - prysznica turystycznego, czyli zwykłego worka na wodę z podłączoną rurką. Worek ten zawiesza się na drzewie lub w innym wysokim miejscu i już można cieszyć się płynącą wodą. Dodatkowe zalety takiego rozwiązania, to kolor samego prysznica - czarny - można położyć go na słońcu, a po całym dniu wodę mamy nagrzaną i nie trzeba dodatkowo podnosić jej temperatury dolewając gotowanej wody.
Elbląg - miasto ni małe, ni duże, jednak sklepy sportowo-turystyczne posiadało w liczbie dwóch. Żaden nie miał tego, po co przyjechaliśmy... Zjedliśmy więc pizzę U Benka i udaliśmy się w stronę Mierzei Wiślanej.
Nie dojechawszy do samej Krynicy, znaleźliśmy miejsce na spędzenie pierwszej nocy, jakieś 6 kilometrów od miejsca docelowego. Był to las, typowy nadmorski las, do którego można było bez problemu wjechać i, z którego, prowadziło dzikie dojście na plażę. Mieliśmy zatem nocleg w miejscy polożonym jakieś 100m do plaży, prywatnej plaży (w promieniu więcej niż 1 km nie było żywej duszy). Były jednak minusy tej sytuacji, mianowicie komary. Ledwie zdążyłam wyjść z busa, a już miałam na sobie przynajmniej cztery ugryzienia. Później opuściłam pojazd tylko, żeby dojść na plażę i żeby się umyć, a i tak byłam koszmarnie pogryziona.
Wspomniana prywatna plaża
Można uznać, że pierwsza część podróży była za nami. Dotarliśmy na wybrzeże, a bus nie sprawił nam żadnego kłopotu. Wyczekiwaliśmy dalszej podróży, przygód, które nas miały czekać, nie zdając sobie sprawy z tego, co nas czeka dalej...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz