środa, 24 sierpnia 2016

Wybrzeże cz. 2 - Krynica Morska, Gdańsk, Sopot, Jastarnia, Rozewie, Jastrzębia Góra

4. sierpnia. Obudziliśmy się w komarowym lesie. Słońce lekko przebijało się przez chmury, dlatego szybko zjedliśmy bułki z serem i szynką, spakowaliśmy się na plażę, ubraliśmy kostiumy kąpielowe, odpaliliśmy busa i pojechaliśmy w stronę Krynicy i pierwszej latarni na szlaku. Zostawiliśmy nasz wehikuł na poboczu i podążyliśmy za znakami wskazującymi drogę do latarni. Prowadziła ona między ośrodkami, żeby zakończyć się u celu, który znajdował się obok zwyczajnego bloku mieszkalnego. Niejedną latarnię w życiu widzieliśmy, ale większość z nich znajdowała się w jakimś centrum miasta, czy w porcie. Ta jednak stała w krzakach, na dodatek koło bloku. Jak się później okazało, obiekty tego typu znajdują się głównie w dziwnych miejscach. Kupiliśmy bilety w cenie, której nie pamiętam (ciężko byłoby zapamiętać wszystkie 12 cen biletów wstępu, jednak zazwyczaj wahały się one wokół 4 i 6 oraz 5 i 7 złotych), a następnie wspięliśmy się na górę. I to, co tam zobaczyliśmy to był jeden z lepszych widoków z całego wyjazdu - po jednej stronie widać było morze i plażę przy nim, dalej był pas lasu, droga, znów pas lasu i znów woda, czyli Zalew Wiślany.
Ten zielony trójkąt za szybą to pas lasu. Po jego prawej i lewej stronie - woda

Coś o samej latarni:
Wysokość: 26,5 m
Zasięg światła: 18 Mm (mile morskie)
Oskar, zobaczywszy wielką żarówkę, nie mógł się oprzeć...
"A to zdjęcie wstawisz na bloga i podpiszesz, że nie mam pomysłu!"
No to jest.

Po zejściu z latarni trochę poplażowaliśmy, udało nam się nawet trochę poleżeć na słońcu i zanurzyć się po szyję w zimnej wodzie Bałtyku. Nie trwało to jednak zbyt długo - w planach na ten dzień mieliśmy jeszcze wizytę w Gdańsku.
Ruszyliśmy w stronę stolicy województwa pomorskiego. Chcieliśmy najpierw skoczyć do Juli, gdzie mieliśmy kupić prysznic, którego nam brakowało. Jednak Gdańsk i okolice są całe w remontach dróg. Nawigacja oszalała, wszędzie były korki, nie sposób było tam dojechać. Błądząc tak od godziny po mieście, postanowiliśmy skoczyć do jakiejś pobliskiej galerii, żeby skoczyć do toalety, chwilę odsapnąć i zastanowić się co dalej. Weszliśmy do Carrefoura. Kupiliśmy tam krzesło turystyczne, prysznic, materac i pompkę (która później okazała się hitem) i co istotne - zapłaciliśmy za to grosze. Wcale nie potrzebowaliśmy sklepów turystycznych.
Po opuszczeniu miejsca zakupów, skierowaliśmy się w stronę jednej z latarni - znajdowała się ona w Porcie Północnym. Aby do niej dotrzeć zaparkowaliśmy na parkingu przy muzeum Westerplatte, tak więc, przy okazji oglądania (nie była udostępniona do zwiedzania) latarni, dowiedzieliśmy się czegoś więcej z historii.
Latarnia w Porcie Północnym
Dane:
Wysokość: 56 m
Zasięg światła: 25 Mm

Spod pomnika Westerplatte można było zobaczyć także drugą gdańską latarnię, którą, z racji późnej pory, tylko obejrzeliśmy z drugiego brzegu.

Latarnia Gdańsk Nowy Port
Dane:
Wysokość: 31,3 m
Zasięg światła: 17 Mm
Obecnie wygaszona, służy tylko celom turystycznym

Po obejrzeniu muzeum i latarni wyruszyliśmy w poszukiwaniu miejsca noclegu. W mieście jest to znacznie trudniejsze niż na wsiach czy odludziach. Wylądowaliśmy w dzielnicy Oliwa, dokładniej gdzieś w okolicach jakichś ogródków działkowych, gdzie znajdował się kawałek lasu, który nazywany był "użytkiem ekologicznym". Nie do końca wiedzieliśmy co to oznacza i jak wygląda ochrona czegoś takiego. Jednak do lasu prowadziła droga, ewidentnie użytkowana przez samochody. Nie mamy w zwyczaju śmiecić tam, gdzie się zatrzymujemy - raczej działamy odwrotnie i gdy wokół miejsca, gdzie parkujemy busa na noc jest trochę śmieci, to większą część staramy się sprzątać (o ile to możliwe oczywiście, bo trudno, żebyśmy zwijali do busa jakąś starą oponę). W tym oliwskim lesie nie było jednak (przynajmniej dla mnie) zbyt komfortowo. Kręcili się tam ludzie, nie mieliśmy pewności, czy nasza obecność nie sprawi, że jakiś człowiek "któremu wszystko przeszkadza" wezwie jakieś służby, które mogłyby nałożyć na nas mandat, a w najlepszym wypadku, przegonić.
Kolejnego dnia szybko zmyliśmy się z lasu i pojechaliśmy do Sopotu, gdzie, w czasie płacenia za parkomat zaczepiła mnie jakaś dziwna kobieta i spytała, czy nie chcę wynająć pokoju. Odpowiedziałam "dziękuję, my nie wynajmujemy" i odeszłam. Coś jeszcze do mnie mówiła i się uśmiechała, ale mówiła to na tyle cicho i niewyraźnie, że odpowiedziałam jej uśmiechem i uciekłam, ucinając jakąkolwiek dalszą rozmowę. Przeszliśmy plażą w stronę molo. Gdy już dotarliśmy do niego, zaczęło padać. I ten deszcz towarzyszył nam przez kolejnych kilka dni. Weszliśmy na latarnię, gdzie nie miał ochoty wchodzić nikt, poza nami. Oto ona:
Latarnia widoczna w tle

Dane latarni:
Wysokość: 33 m
Zasięg światła: 7 Mm
Nie jest już obiektem nawigacyjnym ze względu na zasięg światła

Chcieliśmy także przejść się po molo. 7 zeta od łebka. Odechciało nam się. Może i nigdy tam nie byliśmy, ale jednak co molo to molo i opłata za wstęp wyższa niż na najdroższą latarnie, to jednak przegięcie. Powinna być symboliczna, a nie nastawiona na zachodnich przybyszów z kieszeniami wypchanymi euro czy funtami. Było nam dane wypróbować nowego Oculusa, na którym wyświetlany był film 360 z Rio, to tak z okazji igrzysk. Fajna sprawa. Wracając przez miasto kupiliśmy sobie lody i zobaczyliśmy słynny "Krzywy domek". Szliśmy sopockimi chodnikami, a deszcz cały czas moczył nam ubrania. W pewnym momencie zorientowaliśmy się, że na dobrą sprawę nie wiemy, jak dotrzeć do busa. Intuicyjnie skręciliśmy w jakąś uliczkę. Chcieliśmy znaleźć się przy plaży, wtedy odnalezienie go byłoby łatwiejsze. Wejść na plażę milion, wszystkie podobne, ale to przy którym aktualnie byliśmy nie powiedziało nam, czy powinniśmy iść w lewo czy w prawo. Poszliśmy w prawo, ale to nie było to. Zawróciliśmy i poszliśmy na lewo. Też nie to. Dopiero, gdy drugi raz poszliśmy w prawo, dużo dalej niż wcześniej, znaleźliśmy nasze kolorowe maleństwo.
Z Sopotu pocisnęliśmy (o ile w ogóle można użyć tego słowa w stosunku do busa) na Hel.
Zdjęcie z przydrożnego parkingu w drodze na półwysep:

W tle Zatoka Pucka

W drodze na Hel zahaczyliśmy o Labirynt w Polu Kukurydzy. Taka zabawa dla dzieci, wstęp bagatela 29 złotych od osoby. Ale skusiliśmy się. Dostaliśmy mapki i ruszyliśmy. Labirynt nie był trudny (ale mnie udało się zapętlić), ale za to zapewniał wrażenia przy przedzieraniu się przez błoto i rzeki płynące przez labirynt (w końcu było to zwykłe pole uprawne). Na koniec można było wejść do autobusu, który był umieszczony do góry nogami i pod takim kątem, że mózg wariował oraz spróbować sił w jeździe na rowerze z odwróconym układem kierowniczym.
Gdy dotarliśmy na Hel, zostawiliśmy busa w centrum i poszliśmy w stronę latarni. Niby blisko, a jednak kawałek się szło. Na tę latarnię nawet chcieliśmy wejść, ale kolejka, jaka tam była i nasz bilet parkingowy uzmysłowiły nam, że się obejdzie. Szybkie zdjęcie i dalej, na cypel, na "początek Polski"
Dane latarni:
Wysokość: 41,5 m
Zasięg światła: 17 Mm


Cały Półwysep Helski był okrutnie zakorkowany. Nie było tam żadnych remontów, tylko zatory na drodze. I tak, jadąc z prędkością oscylującą między 20, a 40 km/h dotarliśmy do Jastarni, gdzie nie byliśmy nigdzie poza latarnią:
Zdjęcie tak twarzowe, że aż wstyd publikować coś takiego...
Dane latarni:
Wysokość:13,3 m
Zasięg światła: 15 Mm
Nieudostępniona do zwiedzania

Kolejna była latarnia w Rozewiu.
Dane latarni:
Wysokość: 33 m
Zasięg światła: 26 Mm

Tego dnia ustanowiliśmy rekord - 4 latarnie jednego dnia. Ostatnią odwiedzaliśmy, gdy już lekko zaczęło się ściemniać.
Potem udaliśmy się na spoczynek, naszym "hotelem" był tym razem parking leśny. Miejsce bezpieczne z punktu widzenia noclegu - nikt nie może stamtąd przepędzić.
Następny dzień przywitał nas jako-takim słońcem. Pozbieraliśmy manatki i za chwilę już byliśmy przy plaży. Dokładnie przy "Gwieździe Północy", czyli najbardziej wysuniętemu na północ miejscu naszego kraju.
Tak naprawdę to kamień. Z masą tabliczek fundatorów. Nie tego się spodziewałam.

Później prosto na plażę. Zabraliśmy materac i pompkę, które kupiliśmy w Gdańsku. Chcieliśmy napompować materac, ale szybko okazało się, że on wlot powietrza ma o średnicy około 3 cm, zaś pompka - 1 cm. Zrobiliśmy "przejściówkę" z woreczka, ale to niewiele dało. Nasze urządzenie było za małe, szybciej było ustami. Niestety nasza radość z plażowania nie trwała długo: zaraz nadciągnęły czarne chmury, a wraz z nimi ulewa, która sprawiła, że obładowani do granic możliwości, z "gołymi" tyłkami, biegliśmy do busa, żeby schronić się przed wścibskimi kroplami deszczu. Co zrobiliśmy? Jak to co, pojechaliśmy na kolejną latarnię...
A kolejna była... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz