czwartek, 25 sierpnia 2016

Wybrzeże cz. 3 - Stilo - Ustka, pierwsza awaria i błotny taniec

A kolejna była latarnia Stilo. Zanim do niej dotarliśmy musieliśmy jeszcze odstać swoje w korku. Nie był to jeszcze długi weekend, a jednak przejechać już było ciężko.
Latarnia jest położona w środku lasu, przy szlaku doń prowadzącym znajdowały się dwa parkingi, dwa bary i jedna, prawdopodobnie 4-mieszkaniowa kamienica. Podjechaliśmy na parking. Tam, jakiś szczylas zażyczył sobie dychę za parking. DYCHĘ. Dychę za parking pośrodku niczego. Ledwośmy to przeżyli, ale nie mieliśmy wyboru, nie było gdzie zostawić busa. Zaparkowaliśmy i zaczęliśmy wchodzić. Ścieżka prowadziła przez ładny, typowy nadmorski las. Wszędzie sosny, a pod stopami piasek. Trzeba było wspiąć się na nieduże wzgórze, żeby zobaczyć cel wędrówki. Gdy byliśmy w połowie drogi do latarni zaczęło padać. Potem padało coraz mocniej, aż zaczęło lać. Ale kto by tam pomyślał wcześniej, żeby zabrać kurtkę albo chociaż bluzę... Deszcz skrócił drogę, trzeba było dobrze przebierać nogami, żeby nie nasiąknąć jak gąbka. Gdy naszym oczom ukazała się latarnia, ukazała się im także kolejka. Taka, że nic nam nie dało przyspieszanie przy wchodzeniu, bo ile nie zmokliśmy wtedy, tyle nas zmoczyło, gdy staliśmy w kolejce. Co ciekawe, była to jedyna latarnia, gdzie za wstęp płaciło się nie na dole, zaraz przy drzwiach, a na górze. Prawdopodobnie dlatego, że po drodze były piętra i na nich wystawiono czyjeś obrazy. Tak mnie "zachwyciły", że nawet nie zapamiętałam, czyja to była wystawa. A może zwyczajnie nie znam się na sztuce.
Na samym szczycie latarni nie zabawiliśmy długo z racji silnego wiatru i deszczu. Mi ciężko było się ruszyć z jednej strony tarasu widokowego na drugą - z tej drugiej zacinało prosto w twarz. Zeszliśmy więc na dół, zrobiliśmy sobie najszybsze i najbrzydsze zdjęcie świata, a następnie biegiem (tak, ja w japonkach z Chrabąszcza) udaliśmy się do busa.
Dane latarni:
Wysokość: 33,4 m
Zasięg światła: 75 Mm

Po tej latarni mieliśmy dosyć. Nadszedł czas, żeby coś zjeść. Byliśmy umówieni z kuzynką Oskara w Łebie, więc tam też chcieliśmy coś wszamać. Padło na pizzę. Jak to w miejscowościach turystycznych, o dobrą pizzerię nie tak łatwo. A jednak udało nam się znaleźć, nazywała się Chata Rybacka i znajdowała się w pobliżu cumowania wszelakich statków wycieczkowych. Czymś, co wyróżniało to miejsce był sos czosnkowy, który nie był robiony tak, jak większość sosów czosnkowych w tym kraju. Był lekko pikantny i nie był zrobiony na mieszance jogurtu i majonezu. Przypuszczamy, że bazą była śmietana z domieszką majonezu, bądź bez niej.
Po jedzonku odnaleźliśmy kuzynkę Oskara Ewelinę, jej chłopaka Karola i ich syna Michała. Razem udaliśmy się na plażę, gdzie ogrodziliśmy się parawanem i rozmawialiśmy. 
Nie trwało to zbyt długo, ze względu na panującą aurę. Przenieśliśmy się do zacisznej altanki pod pensjonatem, w którym nocowali. Zrobiliśmy grilla, w trakcie którego dosyć porządnie wiało i padało. Cały plac wyglądał jak pole ryżowe. Zastanawialiśmy się, czy kolejnego dnia uda nam się odjechać busem. Dzięki uprzejmości właścicieli pensjonatu mogliśmy zaparkować na palcu, a także skorzystać z łazienki i gorącego prysznica. Wspaniałe uczucie po kilku dniach chlapania się w chłodnej wodzie.
Kolejnego dnia zjedliśmy śniadanie i zaczęliśmy się zbierać, by ruszać w dalszą drogę. Całe szczęście Oskarowi udało się wyjechać z placu bez konieczności pchania busa. Jednak zaraz za bramą pensjonatu spotkała nas przykra niespodzianka - przesuwne drzwi przestały współpracować, mianowicie, nie chciały się zasunąć. "Daj, ja zasunę" powiedział Oskar. Minutę później stał z drzwiami w rękach, a ja biegłam po Karola, żeby ten pomógł mu naprawić usterkę, bądź zamknąć drzwi tak, żeby podczas jazdy nie odpadły. Zabawne, że dosłownie pół godziny wcześniej pomyślałam "Ciekawe co by było, jakby nam te drzwi się zepsuły?". Do końca wyjazdu nawet w myślach nie wypowiadałam słów "zepsuty, awaria, urwało się". A wydawało mi się, że to, że wydech spadł z uchwytu, to był problem... To był tylko detal.
Bez drzwi musieliśmy sobie radzić przez cały dzień. Była niedziela, nie mogliśmy więc znaleźć żadnego warsztatu, który by coś poradził. Postanowiliśmy poczekać do poniedziałku i wtedy pojechać do Słupska, gdzie mechaników samochodowych jest od zatrzęsienia.
Niedzielę spędziliśmy w Czołpinie. Jest tam kilka ścieżek Słowińskiego Parku Narodowego słynącego z wędrujących wydm. Była tam także kolejna latarnia.
Dane latarni:
Wysokość: 25,2 m
Zasięg światła: 21 Mm

A co się robi, gdy Oskar postanawia umyć buty poprzez wejście w nich do Bałtyku i one potem nie chcą same wyschnąć? A no, robi się to:
Efekt murowany. "Jeśli coś wygląda głupio, ale działa, to wcale nie jest głupie." ~ internetowi mędrcy

A trzeba przyznać, że suszenie okazało się dużym problemem. Wciąż padało, my ciągle chodziliśmy w mokrych ubraniach. Rozkładaliśmy je na tylnej kanapie, ale one nie chciały schnąć. Spaliśmy w środku, więc para wodna z naszych oddechów znacznie przyczyniała się do wzrostu wilgotności wewnątrz. Ręczniki, kostiumy kąpielowe - czasem i po 2 dniach leżenia na wierzchu i nieużywania były mokre. Następnym razem poprosimy upały, będzie prościej.

Kolejną noc spędziliśmy w okolicy Dominka, takiej małej wioski. Zaparkowaliśmy na wzgórzu pod lasem, skąd mieliśmy widok na okoliczne pola i wieczorny spektakl, jaki po zmroku zapewniły nam kombajny, które wyjechały na żniwa. Szczerze mówiąc, nie miałam pojęcia, że żniwa można robić po ciemku. W każdym wypadku - fajnie było coś takiego zobaczyć.

Następnego dnia odszukaliśmy jakiegoś mechanika w Słupsku, zadzwoniliśmy i spytaliśmy, czy podejmie się wymiany łożyska w drzwiach. Zgodził się, więc podjechaliśmy, zostawiliśmy busa i poszliśmy do galerii. Na śniadanie KFC, potem długi spacer po sklepach.
Wszyscy na widok tego wehikułu krzyczeli Jaki fajny samochód ze Scooby Doo!. My natomiast Pa, jaka fajna T2!
Nie obyło się więc bez zdjęcia :)

Oskar: Jaaa, sportowe samochody są takie suuuuper!

Ja: Nie.

To znaleźliśmy w Pepco. Bus dla najmłodszych.

Znów zjedliśmy i opuściliśmy galerię. Powrót do warsztatu zajął nam znacznie mniej czasu niż droga z niego do centrum handlowego. Bus był gotowy. 100 złotych. Dużo, patrząc na to, że łożysko, które nam umarło mogło kosztować nie więcej niż 10 złotych. Ale na północy tak jest, gdy widzą śląskie blachy, to myślą, że zapłacimy dolarami i zostawimy im napiwki wielkości tamtejszych pensji. Nie przyjmują do wiadomości, że mieszkańcy województwa śląskiego wcale nie są aż tak bogaci jak biznesmani z Katowic. Z pracy mechaników też nie byliśmy jakoś specjalnie zadowoleni. Pierwsza rzecz: podejście do klienta. Pan szef, który przyjmował busa nie był zbyt miły. Do tego mieli zadzwonić jak skończą. Nie zrobili tego, sami musieliśmy się upomnieć. Druga rzecz: drzwi chodziły gorzej niż przed naprawą, trudniej je było odsunąć i zasunąć. No i trzecia to cena. Nie pozdrawiamy.
Ze Słupska pojechaliśmy do Poddąbia skąd mieliśmy odebrać Jaśka. Znaczy, Damiana. Pracował w budce z lodami na plaży. My, czekając aż skończy dniówkę, poleżeliśmy trochę na plaży i trochę popływaliśmy w morzu. Był to dzień po tym, jak dwie dziewczynki utonęły w Bałtyku. I faktycznie, nie było zbyt bezpiecznie, mimo, że była biała flaga. W wodzie, bardzo blisko brzegu, gdzie woda była ledwie do kolan, był wyczuwalny bardzo silny prąd, równoległy do plaży. Tak silny, że plątał nogi dorosłym, którzy chcieli przejść dalej. Zupełnie, jakby tam płynęła rzeka. Rwąca rzeka. Nie dziwię się, że porwało dzieci.
Wieczorem pojechaliśmy do Dębiny, gdzie spaliśmy dzięki gościnności Jaśka i jego dziadków. Znów zrobiliśmy grilla. Tej nocy spaliśmy w przyczepie, nie w busie. Mózg Oskara tego nie ogarnął i gdy Jasiek w nocy wstał do toalety, Oskar obudził mnie i mówił Patrz! Ktoś tu jest! Nie zamknęliśmy busa! Taki to bohater, który chroni swoją kobietę i nie chce jej nadmiernie martwić...
Gdy obudziliśmy się rano, znów padał deszcz. Wzięliśmy prysznic, usmażyliśmy naleśniki i byliśmy gotowi do dalszej drogi. Niestety droga dojazdowa na działkę była jednym wielkim polem błotnym. Bus ruszył na popych, bo przez noc zdążył ugrzęznąć w ziemi. Oskar mu nie odpuszczał, przez te kilkadziesiąt lub więcej metrów trzymał gaz do dechy. Z daleka bus zdawał się skakać jak zabawka, rzucało go na lewo i prawo, skakał w górę i w dół. Był cały w błocie. Ale wyjechał. Nim dogoniliśmy go z Jaśkiem, którego odwoziliśmy do pracy, zobaczyliśmy, że Oskar zaczął już oceniać straty - był to dżem wiśniowy, który potłukł się, bo był źle zapakowany, przez co upaćkał wszystko, co się koło niego znajdowało - od papieru toaletowego, przez baniaki z wodą, po linę holowniczą.
A to wszystko postanowiliśmy wyczyścić w Ustce, w trakcie wizyty u Charków, u których wczasy spędzaliśmy rok temu. Oskar telefonuje:
- Dzień dobry pani Basiu, czy ma pani dwie filiżanki herbaty?
- Ja cię, Oskar, zabiję, już idę do drzwi!
- Ale my....
*piiiip piiiip piiiip*
Nie zdążyliśmy powiedzieć, że nawet jeszcze w Ustce nie jesteśmy. Ale gdy już dotarliśmy, zostaliśmy, jak zawsze, ciepło przyjęci. Trochę porozmawialiśmy, poopowiadaliśmy, pokazaliśmy busa. Zaproponowali, byśmy na tę noc zostali u nich na placu. Nie mieliśmy tego w planach, ale z chęcią zgodziliśmy się, bo była to okazja do kolejnego towarzyskiego grilla. Nim jednak do niego doszło, zjedliśmy rybkę u pani Jadzi, ze słynnym masłem czosnkowo-ziołowym. Pochodziliśmy też trochę po sklepach, kupiliśmy to i owo w tych wielkich namiotach ze wszystkim. Zdjęcie pod latarnią też musiało być.
Dane latarni:
Wysokość: 19,5 m
Zasięg światła: 18 Mm
Pamiętacie hejt na tę latarnię? >klik< W tym roku też tam nie weszliśmy

Wieczorem podreptaliśmy na drugą stronę Ustki po miód pitny i piwo, potem rozpaliliśmy grilla i rozpoczęliśmy grę w alkojengę. Bardzo fajna sprawa, pod warunkiem, że nie ma się zbyt mocnego alkoholu.
Rano zapakowaliśmy rzeczy i chcieliśmy ruszać dalej. Okazało się, że bagażnik się nie domknął i pomimo wielu prób wciąż nie chce się zamknąć. Pierwsze co, to pomyśleliśmy o problemie z zamkiem, mechanizm wydawał się znajdować w dziwnym położeniu, którego nie mogliśmy zmienić. Zaaplikowaliśmy mu trochę WD40, jednak to nie rozwiązało problemu. Ale przy którejś z kolei próbie zamknięcia klapy zauważyłam, że bok klapy w ogóle nie dochodzi do miejsca, do którego powinien. Patrzymy, a tu po prostu tylna skrzynia jest za bardzo wysunięta, przez co bagażnik się nie domykał... Brawo my.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz